woman-3347024

W świecie znajdującym się po drugiej, skrajnej stronie tej myśli – jesteśmy przekonani, że Kupidyn nas nie lubi: „Znowu to samo!”, „Miłość to cierpienie! Nie będę w związku!”, „Biedna jest ta dziewczyna… ale ma pecha do mężczyzn!”

Wielu ludzi utopionych jest w przekonaniu, że ich życiem rządzą puszki Pandory, mleko rozlane przez stos przypadków, zagadkowe i nagłe okoliczności albo spisek – czyj i po co, nie wiadomo. I owszem, nie zaprzeczam, że nasze losy bywają bardzo dynamiczne i często po nitce zdarzeń, prowadzimy je do kłębka rewolucji albo miejsca przeznaczenia. No właśnie: „prowadzimy”! Samo sformułowanie to wyklucza bierną postawę wobec tematu.

Rozpatrując kwestię szczęścia bądź nieszczęścia w miłości, sięgnę do pojęcia miłosnej chemii schematów. Na poziomie podświadomym chłoniemy od rodziców ich sposoby radzenia sobie z rzeczywistością, obserwujemy i często przejmujemy reakcje na traumy oraz trudne sytuacje, uczymy się roli partnera i partnerki w związku. Mało tego, często robiąc salda w przód i w tył, żeby zostać pokochanym, odnosimy serię porażek bycia niewystarczającą lub niewystarczającym i kształtujemy się w tym. Co to właściwie znaczy? Wychowując się np. w poczuciu odrzucenia, robimy wszystko, żeby zostać zaakceptowanym najpierw w dzieciństwie, potem w związku. Jeśli dostaniemy od czasu do czasu trochę uwagi, robiąc coś konkretnego, np. zgadzając się na wszystko, przeniesiemy to na mężczyznę lub kobietę. W końcu tak się nauczyliśmy i to podziałało. Miłości warunkowe, zależne od ruchów naszych partnerów, rosną jak grzyby po deszczu. Patrząc na ojca uzależnionego od jakiejś substancji, oddalonego od nas, wychodzącego co wieczór do świata narkotyków albo alkoholu, rezonujemy potem z partnerami nieobecnymi z różnych powodów, np.: używek albo narcyzmu (tu staramy się pokochać człowieka, który nienawidzi nas za tę miłość, bo… nie kocha samego siebie). Stajemy wtedy w roli kochanków współuzależnionych, podejmujących próbę wiecznej resuscytacji krążeniowo-oddechowej normalności, przyzwyczajeni do patowej sytuacji, zawsze na drugim miejscu – jak nasza mama. Paradoksalnie wiele z nas wychodzi z takich domów, zapierając się, że nigdy nie powieli cierpienia rodziców. Ale moc podświadomości jest ogromna, nawet jeśli ucieklibyśmy na biegun północy, wskoczymy w relację, zbudowaną na tych samym ramach.

No dobrze, to co robić? W idealnym świecie prędzej czy później uświadamiamy sobie, że coś jest nie tak i idziemy po zmianę. Rozpoczynamy pracę nad sobą. Na wielu poziomach tasujemy rzeczywistość, przeszłość i budujemy przyszłość. W świecie znajdującym się po drugiej, skrajnej stronie tej myśli – jesteśmy przekonani, że Kupidyn nas nie lubi: „Znowu to samo!”, „Miłość to cierpienie! Nie będę w związku!”, „Biedna jest ta dziewczyna… ale ma pecha do mężczyzn!”

woman-1245817 Na końcu schematów znajdzie się zawsze deficyt miłości. Od nas dla nas. Szukanie akceptacji i uznania na zewnątrz, z reguły skończy się zależnością, a nie daj Boże w przypadku niestabilnego partnera, emocjonalnym wykończeniem. Proponuję więc złożyć talię kart i iść do kawiarni po pyszne ciastko. Proponuję odpocząć i dać sobie prawo do przyjemności. Serwowanej od nas dla nas samych, nie na pokaz, nie żeby coś uzyskać. To bardzo trudne, szczególnie na początku, bo jak robić coś dla siebie, w ciszy, od tak? Przecież w tym czasie można byłoby kogoś uratować albo znowu iść do pracy?

Odpuszczajmy. Stopniowo, przez kilka minut dziennie, żeby w końcu na cały etat polubić swoje towarzystwo. Nie akceptujemy siebie, więc wolimy wierzyć w szczęścia i nieszczęścia. Przychodzi jednak moment, kiedy możemy wziąć odpowiedzialność za to, kim się staliśmy i kim będziemy zaraz.

Poprzedni
Następny