80079723_1725947260870002_2401510983370539008_n  Mówimy, że kochamy siebie – ba, często nawet spoglądając w lustro kiwamy głową z zachwytu w temacie nowej sukienki bądź własnej figury po zajęciach fitness. A potem popełniamy pierwszy lepszy błąd i nasza głowa rozpoczyna bombardowanie komunikatami…

„O Boże, znowu nie tak!”, „I co? Taka jesteś mądra?”, „Jak zawsze źle!”, „Jakbyś była bardziej ogarnięta, już skończyłabyś ten projekt!”, „Nie wyszło, ale mi nowość!”. W gruncie rzeczy porównując do tego, co potrafi nasz mózg, to bardzo… miłe informacje, często jesteśmy w ostrzale agresywnych okrzyków, które kierują nas wprost do kąta – jak małe dzieci. Chcemy skulić się niczym jeż i schować pod kołdrę. Zaczynamy płakać. Potem przychodzi do nas jeszcze: „Co ja zrobiłam?”, „Co ludzie powiedzą?”, „Co oni o mnie pomyślą?”.

Wewnętrzny krytyk szaleje przy każdej okazji

Nasze poczucie własnej wartości chybocze się na wątłych nogach czynników zewnętrznych: pochwał, dobrych wyników, rezultatów czyjejś kontroli, oczekiwań społeczeństwa, zapewnień osoby, z którą jesteśmy w związku, a wewnętrzny krytyk szaleje przy każdej możliwej okazji, zrzucając na nas lawinę obelg. Wokół pływają zobowiązujące hasła: „Świat należy do ciebie”, „Wszystko będzie dobrze”, „Kochaj siebie”, „Akceptuj siebie”, „Jeśli nie kochasz siebie, nie masz bazy do stworzenia związku”, a ja coraz mniej rozumiem. Te puste zdania wirują w powietrzu, a we mnie rodzi się coraz większa złość. Jak mam pokochać siebie? Co to znaczy? Dlaczego nikt mi nie wytłumaczy w praktyce, czym są te wszystkie słowa? Czuję się jeszcze bardziej beznadziejnie, bo nie kiwam głową i nie powielam mody na „Self-love”. Czuję się jeszcze słabiej, bo nie umiem odpoczywać. Czuję się jeszcze gorzej, bo zalewa mnie chaos.

Tak bardzo chcę być kobietą mocy!

No dobrze, ale przecież musi być jakieś wyjście! Wpadam do króliczej nory, wita mnie postać z mojej książki – Alicja w Krainie Schematów. Tak! Bardzo chcę być kobietą mocy, ale żal, krytyka i ciężar przeszłości przepełniają mnie po brzegi. Tak! Chcę kochać siebie, ale nie wiem jak zacząć. Alicja prowadzi mnie do pomieszczeń, w których w lustrze przyglądam się własnym emocjom. Nie zawsze jestem w stanie to zrobić od razu, ale zwykle po kilku ucieczkach, słucham tego, co chcą mi powiedzieć. Dlaczego czuję złość? Dokąd ona sięga? Na kogo jestem zła? Z jakiego wydarzenia się ta złość wywodzi i co ją nagłaśnia? Żeby jednak oglądać jakiekolwiek uczucie pod lupą, muszę zaakceptować w ogóle fakt, że ono jest, a często wręcz wyciągnąć je spod dywanu. Idę dalej. Może w którymś pokoju pojawi się zazdrość? Zazdrość o co? Dlaczego się śmieję i cieszę?

Może warto za tym pójść, może to nasz Biały Królik? Nowa pasja? A co czuję, gdy pomyślę, że będzie mi lekko? Jest mi dziwnie, bo przecież zawsze byłam ofiarą? To może teraz nauczę się szczęścia? Potem razem z Alicją wchodzę do pomieszczeń, gdzie są jej rodzice i dziadkowie. Co tam znajduję? Konflikty, schematy, przekonania? Co jeśli okaże się, że wchodzę w relacje z osobami, które stanowią kopie mojego ojca? Co jeśli przybieram pozy matki, mimo, że przysięgałam, że będę kimś innym? Jak się z tym czuję? Źle i okropnie? Tylko co, jeśli to część mnie, ale nie z mojej winy? Zaakceptuję ten fakt i dokonam zmian? Czy będę negować własne korzenie, a tym samym topić się w nich po uszy, czy pozwolę sobie swobodnie płynąć? W Labiryncie Alicji są też pomocnicy i Anioł Stróż, ale wszyscy stanowią jedynie odbicie tego, co dziewczyna ma w środku. Finalnie okazuje się, że cały Labirynt to jej własny krwiobieg – w kierunku od niej do niej samej, bez wpływów z zewnątrz, a więc i również bez oceny. Alicja nie ocenia się, więc pozwala sobie czuć wszystko w najmniejszym szczególe. Może ty też sobie na to pozwolisz?

Żeby pokochać siebie, trzeba chcieć siebie zrozumieć

W miłości od siebie do siebie nie ma drogi na skróty. To nie są hasła, które przylepimy sobie na ciele i wnikną do naszego ustroju z automatu. Żeby pokochać siebie, trzeba chcieć zrozumieć siebie, a żeby zrozumieć siebie, należy posadzić siebie samą na kolanach jak własne dziecko i dać sobie minuty, godziny i miesiące czasu. Trzeba nadstawić uszu i dokopać się od strony emocji do momentu, w którym zobaczymy, jakie korzyści przynosi nam krytyk. Tak… korzyści! Może nie chce, żebyśmy ryzykowali i cierpieli jak ktoś znany nam z przeszłości i dlatego już na wstępie podcina nam skrzydła? Może dajemy mu życie, karmiąc go obrażaniem siebie? Może chce ochronić nas przed porzuceniem przez drugiego człowieka, więc prościej będzie porzucać siebie samego na każdym kroku? Niegłupie, prawda?

Ale niepotrzebne od pewnego momentu. Od momentu decyzji i skrajnego zmęczenia starym Labiryntem. Od momentu wycieńczenia nieszczęściem. Od impulsu chęci zmiany. To co? Gotowe?

 Magdalena Walczak, autorka książki “Labitynt – Alicja w krainie Schematów”.

Następny