model-2614569_1920

15 lat temu potrafiłam nie zrobić danej rzeczy przez miesiące, bo bałam się, co może się wydarzyć. Snułam w głowie najgorsze scenariusze, przybierające olbrzymie, zgniatające mnie rozmiary i rażące w oczy jaskrawymi kolorami. Mówiłam sobie: „następnym razem dam radę, ale teraz muszę odpuścić”. Jak tu więc ruszyć do przodu, skoro na horyzoncie widzisz miażdżącą cię porażkę?

Pierwsze, co przychodzi mi w tej chwili do głowy to stwierdzenie: „Ah ten umysł! Co on nam robi i dlaczego?”. Otóż już spieszę z odpowiedzią: broni nas. Utarte ścieżki rozumu próbują nas ochronić przed nowymi drogami i wcale nie jest to takie bezsensowne. Ale od początku.

Nasze życie, o ile podchodzimy do niego świadomie, w dużej mierze opiera się (przynajmniej okresowo) na rozpuszczaniu starych wzorców i nadawaniu codzienności nowej jakości. Dlaczego mówię, że w dużej mierze? Być może to mój prywatny filtr, w którym to praca nad sobą przybrała formę etatu. Nie był to jednak objaw mody, ale dążenie do szczęścia. Wychodzę z założenia i sprawdziłam to na sobie, że człowiek rodzi się w dzisiejszym świecie, a potem ubiera się go na cebulkę w przeróżne systemy albo jeszcze inaczej: wgrywa mu przeróżne (przede wszystkim podświadome) programy, aktualizacje i kontrole. Nie rozpatrywałabym ich w kategoriach dobrych ani złych (w niektórych przypadkach wręcz, w czasie dzieciństwa, bywają one niezbędne, żeby przetrwać). Ja długo rozbierałam się z poczucia winy systemu religijnego, żeby dotrzeć do… wiary albo długo uczyłam się szacunku do samej siebie i asertywności, zrzucając grube sukienki schematów babek i matek, w których to siedziały cicho przy kominku. Do tej pory rozpuszczam na patelni schemat krytyka, który czai się z wielu kątów. Dlaczego rozpuszczam? Bo nie będę z nim walczyć ani go spalać czy topić. Zawsze bowiem nitka od jego nogi połączona jest z moim strachem. A strach to stan, którego nie zamierzam kasować. No właśnie… to co z nim zrobić?

Przechytrzyć? Skonfrontować się?

Odpuścić? Uznać za coś normalnego? Wszystko na raz. 15 lat temu nie potrafiłam wyjść z domu na spotkanie, bo mój organizm nie był przyzwyczajony do sytuacji społecznych, a raczej pogrążony w smutku, co robił więc mój umysł? Próbował mnie chronić, wywołując objawy choroby w ciele. Dostawałam gorączki i gardło stawało się chore. Umysł otrzymywał wiele sygnałów o zagrożeniu… więc mnie ratował. Stres mijał. Nie musiałam konfrontować się z ludźmi, rozmawiać z nimi. Wiele lat spotkań, tremy, wystąpień przed grupą, spoconych rąk i przygotowywanych w głowie dialogów pozwoliło mi odkryć, że to właśnie… słowo jest moim żywiołem. Zrobiłam więc wszystko z powyższej listy: konfrontowałam się, byłam sprytna, odpuszczałam, pozwalałam się sobie… bać. Okazywało się, że strach ma wielkie oczy albo ustępuje samoistnie, gdy ja przepracowuję inne sfery mojego życia bądź wypuszczam z bramek startowych na wolność kolejne schematy. Na pewno nie można robić jednego: zakryć oczu i uznać, że strach nie istnieje. To znaczy można, ale wtedy lęki wejdą oknem, ze wzmożoną siłą albo przybiorą inne imię albo inną chorobę.

A co w takim razie z sercem?

Za rzadko dopuszczamy je do głosu. Przy podejmowaniu kluczowych decyzji często wręcz o nim zapominamy. Ja w 2019 roku dla odmiany bardzo zaprzyjaźniłam się z umysłem. Ustawiłam się nad swoim życiem jak karciana Królowa Mieczy, ucinając to, co mi nie służy. Śmiałam się, że robię rzeczy, których wyznacznikiem jest moje dobro czyli… biorę szufelkę i sprzątam. To nie zawsze było zgodne z sercem, ale niezwykle potrzebne. Dziś siedzę w kawiarni i tworzę moją alternatywną pracę: pisarki. To decyzja, która nie ma żadnego związku z rozumem, bo dotyczy zawodowej miłości mojego życia. Słucham umysłu, ale są w nim postacie, które zwykle ostatecznie detronizuję magiczną różdżką i zamykam w grobowcu schematów zaklęciem: Abrakadabra. A potem opisuję. I wydaję. Powodzenia.

Poprzedni
Następny