Kiga-Kosik-Burzyńska-Klub-Komediowy-e1591441960369  Kinga Kosik-Burzyńska – improwizatorka, aktorka, parodystka, instruktorka improwizacji, a ostatnio też konferansjerka. Od 4 lat związana z warszawskim Klubem Komediowym, największym w Polsce – jak to sami siebie nazywają – piwnicznym placem zabaw dla dorosłych. Mówi o sobie „kobieta zwyczajna”, ale nie da się przejść obojętnie obok jej talentu.

Jak to się stało, że zaczęłaś pracę jako improwizator?

Z wykształcenia jestem aktorką. Po studiach szukałam dla siebie miejsca w środowisku teatralnym i różnie to wychodziło, w końcu trafiłam do powstającego dopiero Klubu Komediowego i powoli odkrywałam, że właśnie to chciałabym robić. Tak się złożyło, że dostałam wtedy propozycję etatu w teatrze w innym mieście i poszłam z tą wiadomością do Michała Sufina, współzałożyciela i szefa Klubu. Pamiętam, że zapytał mnie wtedy: „zastanów się, czy lepiej zostać średniej klasy piłkarzem czy najlepszym snooker playerem w kraju?” Chyba za bardzo nie wierzył w moje talenty aktorskie. (śmiech) Przynajmniej te dramatyczne, za to widział we mnie potencjał na naprawdę dobrą improwizatorkę/komiczkę i w końcu zostałam w Warszawie. Trudno powiedzieć, czy jestem najlepszą polską „snooker playerką”, ale na pewno gram w najlepszej drużynie w kraju.

Uczyłaś się improwizacji w Chicago: w IO, Comedy Sportz i Annoyance. Czym różni się teatr improwizowany w Polsce od tego chicagowskiego? Jak postrzega się zawód improwizatora w Polsce i Chicago?

Różnic między teatrem improwizowanym w USA i w Polsce jest całe mnóstwo. Trzeba zacząć od kwestii, nazwijmy to, „kodu kulturowego”: w Ameryce nikt nikomu nie musi tłumaczyć, czym jest improwizacja. Ludzie nasiąkają tym od najmłodszych lat, zajęcia impro można znaleźć w ofercie co drugiego przedszkola, a klubów komediowych jest czasem po kilka na jednej ulicy. Inaczej jest w Polsce: kiedy przyjaciele z Chicago pytają mnie, jak nazywa się miejsce w Polsce, w którym gram, odpowiadam Klub Komediowy, Comedy Club. – „Wiemy, ale jak się nazywa?” – dopytują.  Nie rozumieją, że nie musieliśmy sobie nadawać żadnej szczególnej nazwy, bo do niedawna byliśmy jedynym takim miejscem w kraju.

Dla Amerykanów to nie do pojęcia! U nas jest inaczej, ale z tego wynika inna ciekawa różnica. W USA ludzie nie żyją z grania w klubach komediowych, nie istnieje zawód improwizatora. Improwizacja jest dodatkowym zajęciem komików, którzy żyją z pracy w mediach, rozrywce, pisania TV shows itp., albo pracują w innych zawodach, czasami za barem w klubach komediowych. W Polsce ewenementem jest to, że da się żyć z improwizacji, a równocześnie sceniczni komicy rzadko pracują w telewizji czy rozrywce. Mówię oczywiście stricte o impro, inaczej jest np. w świecie stand-upu.

A czy improwizacji w ogóle da się nauczyć? Co dały Ci kursy improwizacji?

Generalnie kursy są czymś, co się przydaje, ale nie wystarczą. Znam wielu doskonałych komików, którzy nie przeszli kursów. Ale warsztat improwizacyjny, którego uczymy się w Ameryce bardzo przydaje się w różnych sferach, bo – jak wcześniej powiedziałam – w polskiej kulturze impro jest mało obecne. Nie ma go np. w edukacji teatralnej, dlatego na kursy improwizacji przychodzi do nas dużo aktorów warszawskich scen, a nawet reżyserzy.

Klub Komediowy prowadzi też coś w rodzaju agencji kreatywnej. Pracujemy przy różnych akcjach i kampaniach, wprowadzając nową jakość do marketingu. Sama jestem np. współtwórczynią (w duecie z Markiem Raczkowskim) kampanii radiowych dla „Kwartalnika Przekrój” nagrodzonych ważną branżową nagrodą „Kreatura” 2019. Często też  jesteśmy zatrudniani do „dośmieszania” scenariuszy filmowych lub serialowych, poza tym prowadzimy warsztaty dla pracowników firm i korporacji (np. Ikea, Samsung, PEKAO, Mercedes), pokazując im ciekawe narzędzia związane z kreatywnością, umiejętnością współpracy i ogólnie rozwijaniem tzw. kompetencji miękkich.

Wiem, że robicie również projekty społeczne – np. współpracujecie z seniorami.

Tak! Dołączyłam do ciekawego projektu „Seniorwizacja”, który na celu ma aktywizację ludzi starszych. Ta współpraca przyniosła mi ogromną satysfakcję. To, z jaką ufnością i odwagą seniorzy wychodzą na scenę jest absolutnie wyjątkowe. Wiele razy w trakcie warsztatów podziwiałam ich radość i pełnię życia. Często są to ludzie, którzy przeszli najgorsze, wojnę, komunę, doświadczyli głodu i los ich nie oszczędzał, a mimo to – albo właśnie dlatego – potrafią się cieszyć każdą chwilą.

Te zajęcia mnie uskrzydlały, nie zapomnę, jak jedna z seniorek Pani Krysia zagrała scenę z kilka dekad młodszym od siebie kolegą, rozmawiała z nim, wspaniale kreując postać kota. Później podeszła do mnie, mówiąc: „Kinga, tylko do mnie to mów głośniej, bo ja nie słyszę na prawe ucho” i zarzuciła na siebie modną puchówkę w neonowym kolorze. Pomyślałam sobie wtedy, że to jest coś! Improwizacja okazała się czymś, co może łączyć ludzi – także między pokoleniami.

A co jest najbardziej pociągające w improwizacji?

Improwizacja (śmiech).

To w takim razie jakie cechy charakteryzują Twoim zdaniem dobrego improwizatora?

Jest wiele cech, które się przydają, najistotniejsza jest dla mnie wyobraźnia, bo to ona powołuje do życia bohaterów i ich światy. Z tym bezpośrednio wiąże się umiejętność codziennej obserwacji, która dostarcza materiałów dla wyobraźni. W końcu jest odwaga, gotowość pójścia w nieznane, bo przecież trzeba coś odegrać in statu nascendi, bez prób, tu i teraz przed widzami.

W jednym z wywiadów dla „Gazety Wyborczej” zapowiadającym Maraton Improwizacji w Noc Muzeów 2017 Twoje koleżanki z Klubu Komediowego Joanna Pawluśkiewicz oraz Agnieszka Matan powiedziały, że od lat w komedii nie było kobiet i to domena męska, co wynika z przekonania, że kobieta nie powinna być śmieszna. Co o tym stwierdzeniu sądzisz po latach pracy jako improwizator?

Zgadzam się z moimi koleżankami w tym sensie, że komedia, jak wiele innych zawodów, wciąż jest domeną mężczyzn, w której dopiero niedawno znalazłyśmy swoje miejsce. Nie mówię tu jedynie o kształcie branży, ale też o szerszej perspektywie historycznej. W końcu przez większość czasu kobiecość w komedii była traktowana przedmiotowo.

Jako modelowy przykład można przywołać starożytny Sejm kobiet Arystofanesa: kobiety (grane zresztą przez facetów) budują tu efekt komiczny. W tamtych czasach było samo przez się zabawne, że baby uczestniczą w obradach politycznych, ale komedia nie jest narzędziem ekspresji kobiecości. Nie służy przedstawieniu specyfiki kobiecego spojrzenia na świat, nie pomaga kobietom oswajać swoich problemów przez śmiech itp. A to rozumiem przez zyskanie podmiotowości. Przez całe stulecia byłyśmy jej pozbawione, a kiedy w końcu wpuszczono aktorki na scenę, to służyły one odegraniu gotowych ról napisanych przez mężczyzn. Inaczej mówiąc, postacie kobiece brały udział w ośmieszaniu świata, ale tylko na męskich zasadach…

I uważasz, że to się nie zmieniło?

Zmieniło się, ale dopiero niedawno. To zupełnie niesamowite, bo kobiecość została wpuszczona do świata komedii niejako u kresu emancypacji: kiedy ugruntowały się już wzorce polityczek, businesswomen, żołnierek czy naukowczyń. Warto spojrzeć pod tym kątem na historię stand-upu kobiecego. Za jego pionierkę uważana jest Moms Mabley, która zrobiła karierę dopiero w latach 60. Symptomatyczne jest to, że była Afroamerykanką, grała zresztą wcześniej w minstrelach, spektaklach o bardzo rasistowskim rodowodzie. Świat białych mężczyzn pozwolił jej być komiczką, bo była czarnoskóra, pochodziła z nizin społecznych itp. Jednym słowem była obywatelką drugiej kategorii i nie traktowano jej poważnie.

I tak jak emancypacja Afroamerykanów w komedii wydarzyła się znacznie później, tak również kobiety musiały przejść długą drogę, choć zaczynały z innego punktu. Stateczna biała kobieta była uwięziona w swojej roli, „nie wypadało jej”, jak mówią moje koleżanki, „być śmieszną”, wygłupiać się na scenie czy żartować na kobiece tematy. Dzisiaj to się zmienia, mamy wspaniałe komiczki i stand-uperki. Kobiety przebiły się do komedii razem ze swoją wrażliwością, spojrzeniem na świat i problemami, funkcjonujemy na równych zasadach z naszymi kolegami, ale wciąż mam wrażenie, że musimy wkładać nieco więcej pracy w codziennym wykuwaniu swojej obecności w tej branży.

Kinga-Kosik-Burzyńska-Klub-Komediowy_1

“Nie zapomnę, jak jedna z seniorek Pani Krysia zagrała scenę z kilka dekad młodszym od siebie kolegą, rozmawiała z nim, wspaniale kreując postać kota. Później podeszła do mnie, mówiąc: „Kinga, tylko do mnie to mów głośniej, bo ja nie słyszę na prawe ucho” i zarzuciła na siebie modną puchówkę w neonowym kolorze. Pomyślałam sobie wtedy, że to jest coś! Improwizacja okazała się czymś, co może łączyć ludzi – także między pokoleniami.”

Przeczytałam Twoje opowiadanie pt. Dom z widokiem na basen, opublikowane w 2019 roku w „Przekroju”. Jest bardzo plastyczne, pełne opisów przestrzeni, widać w nim improwizatorski zmysł do szczegółu. Aktorka, improwizatorka, parodystka, instruktor improwizacji, konferansjerka. Pisarka również?

Nie, napisałam to opowiadanie pod wpływem przygody, jaka mi się przydarzyła, ale o tym za chwilę. Jest taki odcinek w Klubie Profesora Tutki, zresztą pod tytułem „Przykład opowiadania pogodnego”, w którym tytułowy profesor Tutka grany przez Gustawa Holoubka powiedział „Gdybym pisywał, to zaniósł bym do redakcji opowiadanie pogodne i słoneczne, pamiętam, jaki kiedyś miałem dzień”. I to w zasadzie jest zdanie, które określa mnie jako osobę piszącą, raczej popisującą tu i ówdzie niż jakąś szczególną pisarkę.

Wracając do mojego dnia, który stał się miesiącem spędzonym w upalnym Teksasie z babcią, którą musiałam po 42 latach życia w USA sprowadzić do Polski, bo nie mogła już dłużej tam sama mieszkać. Zdarzenia, które miały tam miejsce, upalny klimat upadającego Houston i oczywiście sama postać babci, zniedołężniałej, ale wciąż wystrojonej i złośliwej Alexis z Dynastii… wszystko to zmusiło mnie do napisania opowiadania, choć żałuję, że nie miałam kamery. Opowiadanie pt. Dom z widokiem na basen jest dostępne na stronie „Przekroju”, więc zapraszam do lektury.

W związku z tym, że zaprosiłam Cię do rozmowy wśród kobiet przy kawie (śmiech), muszę zadać to pytanie: Jaką kobietą jest Kinga Kosik-Burzyńska i… co najbardziej w sobie lubi?

Kobietą całkiem zwyczajną, ale wiesz… jestem nie tylko kobietą, jestem też starym mężczyzną, a może nawet przede wszystkim nim. Od zawsze mam alter ego właśnie w postaci okropnego staruszka, który przeklina, beka i podszczypuje tyłki młodych dziewczyn. Uwielbiam go grać, choć koledzy zarzucali mi, że nadużywam tej postaci w naszych scenach. To prawda, przez pierwsze dwa lata prawie zawsze byłam nim (śmiech).

Dziękuję za inspirujący wywiad, czego mogę Ci życzyć zawodowo?

Ja też dziękuję! Czego mi życzyć? Jak najwięcej nowych wyzwań zawodowych, a przede wszystkim szybkiego powrotu na scenę w normalnych, nie pandemicznych warunkach.

Poprzedni
Następny